Czyli moja opinia o okolicznościach jej powstania, wadach, czasach stanisławowskich i  analogie historyczne do dnia dzisiejszego:

Kiedy oglądamy film Matrix jest tam pewna charakterystyczna scena, w której Nemo powracający wraz z grupą dysydentów do wirtualnego świata stworzonego przez maszyny, dostrzega kota pojawiającego się obok ściany dwukrotnie. Deja vu. Błąd Matrixa.

Ja podobnie mam co roku. Też dostrzegam błąd Matrixa – tym razem naszej historii, kiedy obchodzimy rocznicę uchwalenia przez aklamację Konstytucji 3 Maja. Bo któż to staje się największym zwycięzcą jej uchwalenia, kto najwięcej zyskuje? Stanisław August Poniatowski, król. Ten sam, który 6 września 1764 roku jest obwołany królem przez rzeszę 5,5 tys. elektorów pod czujnym okiem carskich jegrów i dział skierowanych na ulice Warszawy z ambasady rosyjskiej. Nie, ta postać nigdy nie była moim faworytem i nawet jej rola w uchwaleniu Konstytucji Trzeciego Maja nie zmieni mojej opinii o byłym stolniku litewskim, a przede wszystkim siostrzeńcu Czartoryskich.

Mówi się, że Konstytucja Majowa była próbą ratowania państwa, próbą być może rozpaczliwą. Że niosła ze sobą reformy, których celem było upodmiotowienie mieszczan, czy likwidację archaicznych i niezwykle szkodliwych rozwiązań ustrojowych, jak liberum veto .

Niewątpliwie Konstytucja Majowa była efektem porozumienia króla ze stronnictwem patriotycznym nieudolnie próbującym dostosować ustrój kraju, archaiczne zdobycze wolności szlacheckiej, przeradzające się z każdym kolejnym pokoleniem – co tu dużo mówić – w anarchię, do wymogów tamtych czasów. Była próbą ustanowienia naszej wersji monarchii oświeconej, może nawet jakiejś formy absolutyzmu, który panował we wszystkich najważniejszych stolicach europejskich i kontynentalnych ( likwidacja wolnej elekcji, dziedziczność tronu w perspektywie dynastii Wettynów, unifikacja Korony i Litwy). Ośmielony poklaskiem , także po kilku sukcesach mimo narzucającego się cały protektoratu rosyjskiego ( Szkoła rycerska, reformy walutowe, KEN), znany ze swego mecenatu dla nauki i sztuki, wybornie wykształcony i obyty w międzynarodowym środowisku ówczesnego Salonu Europy, co doprowadziło go do wysokich zaszczytów w świecie wolnomularskim, mimo rozbioru z 1772 roku; zachęcony traktatem sojuszniczym z Prusami ( który okazał się tylko i wyłącznie świstkiem papieru) i wojną Rosji z Turcją i Szwecją król Stanisław August postanowił zostać wielkim reformatorem. Postanowił wzmocnić swoją pozycję, pozycję króla ( zresztą nie był to zły pomysł zważywszy, że często dawały obcym dobry powód do ingerencji w sprawy kraju, a nowo obrani władcy zmuszeni byli później do wywiązywania się z obietnic dla możnych i szlachty – obietnic dodajmy niekorzystnych dla kraju).

Ale figurant, który zyskał władzę dzięki koligacjom i bagnetom rosyjskich jegrów ( sympatii Katarzyny II – jak kto woli) zawsze pozostanie figurantem. Wystarczyły cztery lata i Państwo Polskie zniknęło z mapy geopolitycznej. Zniknęło, bo co z tego, że uchwalono utworzenie 100 tysięcznej armii, skoro brać szlachecka nie chciała na nią łożyć podatków. Aby wprowadzać prawdziwe reformy, trzeba było mieć argumenty , także siły. I to chyba się nie zmieniło do dziś.

Dla głodnych sąsiadów, każdy pretekst, - czy to prawa i wolności szlacheckie, które caryca zagwarantowała w prawach kardynalnych ( mimo że podobno to Stanisław August był królem Polski), podległość pańszczyźniana chłopów, czy wolności religijne – to korzystna okazja do wprowadzenia na terytorium Rzeczpospolitej swoich „bagnetów” i dział, do urywania kawałka po kawałku z faktycznie już podzielonego na prywatne folwarki magnatów państwa. Każdy pretekst dobry – nie ten to inny. Ale polskim elitom tamtych czasów, a Familii Czartoryskich w szczególności, to nie przeszkadzało. Też podobnie do dzisiejszych elit byli kosmopolitami.

Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z lekcji „trzeciomajowej”.

Przede wszystkim taką, że w naszej szerokości geograficznej jeśli już zabieramy się za reformy , to musimy iść na całość. Jeśli robimy coś na pół gwizdka – kończy się to tylko klęską.

Podobno historycy nie powinni gdybać. Na szczęście nie jestem historykiem, więc wolno mi zadać pytanie, co by się stało, gdyby może nie szumnie nazywany konstytucją dokument, ale prawdziwe reformy wprowadzono wcześniej, w związku rosnącą rolą w całej Europie mieszczaństwa – wcześniej przyznano jej prawa i w szerszym zakresie, gdyby zamieniono chłopom pańszczyznę na czynsz, gdyby zaczęto rekrutować ich do armii, na którą znalazłyby się na nią finanse, które egzekwowałby sprawnie działający zgodnie z duchem tamtych czasów aparat państwowy? Tego już się nie dowiemy.

Dawne przywary i dziś dają w narodzie znać o sobie. Współcześni władcy i dziś zabiegają tylko o poklask na Zachodzie, zapominając o realiach, o posługiwaniu się prawdziwymi argumentami. Można wysnuć tylko taki wniosek, że figurant niezależnie od tego, czy erudyta obyty w świecie , czy troszkę niesprawny umysłowo – dla państwa na jedno wychodzi.

W moim odczuciu Stanisław August Poniatowski i jego dzieło były skazane na porażkę, bo sam król nie miał legitymacji do naprawy kraju choćby przez fakt, że jego elekcja odbyła się za wstawiennictwem mocarstwa ościennego. Staszic, Kołłątaj tak, ale nie pupil Katarzyny. Jego fałszywe poczucie bezpieczeństwa związane z postawą Salonów Zachodu może i rozochociło go do wielkich reform, ale Polska Stanisławowska zderzyła się z zachłannością i lekceważeniem z powodu swoich słabości, złych cech demokracji szlacheckiej, w której górę wzięła prywata, a nie gotowość do działania wspólnotowego i obrony kraju. Zderza się zresztą z fałszem sąsiadów już od 300 lat do dziś. Widocznie wciąż jest zbyt słaba, wciąż górą są stronnictwa sponsorowane przez ościenne stolice, a siły przebicia nie mają ludzie, którzy w realnej polityce posługują się w relacjach międzynarodowych tylko kategorią interesu narodowe. Jako kraj i jako naród z powodu niewytworzenia własnej wersji absolutyzmu, z powodu braku partycypacji w pewnych procesach zachodzących w gospodarce ( rozwój własnej wersji kapitalizmu, czy rewolucji przemysłowej) jesteśmy nawet w pewnym stopniu upośledzeni. Nie wytworzyliśmy mechanizmów, które pozwalałyby Nam i Polsce w pełni odnaleźć w procesach następnych dziesięcioleci dodatkowo złamani jarzmem rozbiorów. Co niewątpliwie przeniosło się na XX wiek i dzień dzisiejszy.

Dziś zdaje się tylko, że odpowiednikiem króla jest bycie redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej, a przynależność do Familii gwarantuje pakiet większościowy w spółce ITI.

Polska w 1791 roku potrzebowała już nie tyle pupila europejskich salonów, co kogoś innego. Tu przypomina mi się konstytucja korsykańska. Dlaczego? Ponieważ Korsyka wydała takiego człowieka, który być może nam by się przydał. Wydała Napoleona. Cesarza Francji. Nie, nie chciałbym zawojować całej Europy i nie zapomniałem o Kościuszce. Ale być może tylko geniusz militarny, ale i polityczno- reformatorski w stylu Korsykanina, tylko tak nieugaszone pragnienie sukcesu mogłoby uratować kraj przed rozbiorami w walce na dwa fronty, albo zniszczyć go doszczętnie – koniecznie trzeba dodać.

Nie kwestionuje znaczenia tego święta narodowego. Konstytucja z 1971 roku odegrała swoją rolę, stała się symbolem woli zmiany na lepsze, woli reform. Dała korzystny grunt, na którym wyrosła później II Rzeczpospolita. III w jakimś sensie też. A pewnego dnia wyrośnie może i IV Rzeczpospolita.