Ponieważ notka będzie poświęcona po części Nowemu Ekranowi, od razu zwracam uwagę, że nie ma ona na celu ani reklamy, ani antyreklamy tego portalu. Nie oto mi chodzi.
Niewątpliwą inspiracją mojej notki jest wczorajszy tekst pani @Eski i jej przemyślenia, a może raczej spór z Łarzącym Łazarzem. W zasadzie co mi do tego, ktoś powie, skoro nie ma mnie na Nowym Ekranie, a i na S24 jestem czasem traktowany, jak powietrze – z tym, że powietrze jest niezbędne do życia, a ja już niekoniecznie. A jednak mam w tej sprawie kilka zdań do powiedzenia.
Kiedy powstawał NE przez chwilę też miałem sporą ochotę by spróbować sił na nowym portalu, ale ta ochota szybko mi minęła, kiedy dowiedziałem się, że aby założyć tam bloga koniecznym jest uzyskanie, czy to przez swoich znajomych, czy to przez maila do administracji nowo tworzonego portalu unikalnego klucza, hasła, czy jak to zwał. No to , do cholery, jaki ma być otwarty portal, skoro już na dzień dobry tworzy się jakieś dziwne utrudnienia, które w rzeczywistości są niczym innym niż od dawna znaną psychologiczną sztuczką, mającą w zainteresowanych wytworzyć poczucie elitarności i ekskluzywności tejże blogerskiej inicjatywy. Dodatkowo mający wywołać również świadomość, że to wybrane grono jest jak najbardziej właściwe. Obietnica skierowana zwłaszcza do „elity naszej blogosfery” udziału w dochodach z działalności portalu podziałała jeszcze bardziej zachęcająco.
Ale skoro gołym okiem widać, że jest co najmniej jeden krąg wtajemniczenia, to na pewno jest ich więcej. Nie żebym kogoś posądzał o zamiar utworzenia na bazie portalu blogerskiego jakiegoś kółka masońskiego, ale ilość inicjatyw wokół nieco zastanawia ( inna sprawa, że być może są jak najbardziej potrzebne).
Nic to. Raczej z lenistwa niż z racji wielkiej przenikliwości zrezygnowałem z założenia sobie konta na Nowym Ekranie. Towarzyszyło temu jakby ukłucie w trzewiach pewnego wyłączenia poza margines. Od dawna czuję się „wyłączony” poza margines ( od kilku dni czuję się nawet podopiecznych pana Arłukowicza, czyli „wykluczonym”), a takie poczucie, że może ci wszyscy ludzie, którzy zakładają NE niekoniecznie chcą widzieć u siebie notki byle pętaków, jak ja jeszcze spotęgowało me złe wrażenie.
Okazało się jednak, że na NE swe miejsce znalazło mnóstwo „Salonowców”, więc zacząłem się bić z myślami, czy by się jednak nie podczepić ( szczególnie, że te kody chyba już nie są potrzebne), aż tu łupnęło. Wywiad z generałem Wileckim, notka Łazarza o założeniu konkurencyjnej formacji dla PIS, tekst właściciela , pana Opary i na koniec artykuł pana @Aleksandra Ściosa. Który potwierdził poniekąd moje wątpliwości. ( tylko żeby nie było, że ktoś o mnie pomyśli, że „konia kują, a żaba nogę podstawia”).
Sprawa jest dla mnie jest w tej chwili prosta, jak konstrukcja cepa, jako socjal-konserwatysta raczej nie po drodze mi z UPR w ramach jakieś inicjatywy partyjnej ( im z takimi, jak ja pewnie jeszcze bardziej nie po drodze, bo na ich blogach ostatnio nawet na moje życzliwe komentarze nie odpowiadają) . Fora blogerskie, wspólne dyskusje w trosce o kraj, walka z politycznym szkodnictwem, które teraz trzyma łapę na kraju - to co innego, ale nie jakieś inicjatywy partyjne, za którymi nie wiadomo kto stoi.
No właśnie. I tu pozwolę sobie na główną refleksję. Założywszy nawet najgorszą zdaniem pana Ściosa opcję, czyli że po prostu chodzi o rozbicie poparcia dla PIS, albo ( w wersji pozytywnej) stworzenie partii politycznej, w której za sznurki pociągali by byli oficerowie LWP, zepchnięci na ubocze i widząc poniekąd słuszną alergię doświadczonych Pań z Solidarności na swoich blogach na próbę wprowadzenia ich w błąd nasuwa mi się niestety przy tej okazji smutna konstatacja.
Kochani moi doświadczeni blogerzy, doświadczeni działacze Solidarności, których „różowa elita” do spółki z „czerwoną” „okantowała” przy „stole bez kantów” - przy okazji kantując i takich, jak ja – jak chcieliście postawić na swoim, skoro nie mieliście możliwości, narzędzi, a może i chęci by jako pierwsi zastosować zasadę „dziel i rządź”? Jak można było wygrać Wolną Polskę i nie pozwolić na mistyfikację, skoro nie potrafiono nawet oddolnie powstrzymać zwąchania się różowych z czerwonymi, skoro nie potrafiono pozyskać przeciwko Jaruzelskiemu części wojskowych, podzielić obóz oficerski schyłku PRL na dwie części. Jeśli Solidarność nie potrafiła podzielić reżimu, reżim niestety podzielił Solidarność na „elitkę” i „tych wiecznie niezadowolonych”. Plan Moskwy, Kiszczaka, czy Urbana powiódł się w stu procentach.
Oczywiście mieliśmy Jana Pawła II, ale trzeba było mieć jednak plan B.
Tymczasem brak zaufania do wojskowych i idea cywilnej kontroli nad wojskiem w III RP doprowadziły do kuriozum, w którym Ministrem Obrony Narodowej jest człowiek, który najchętniej to wojsko rozbraja i osłabia, bo jest pacyfistą, nihilistą, czy co tam jeszcze.
A jak to jest w USA, kraju, który czy to dla takich jak ja socjalkonserwatystów, czy liberalnych konserwatystów ze wszystkich stronnictw patriotycznych jest poniekąd choć z różnych względów punktem odniesienia ?
Nie muszę chyba nikomu przypominać, że pierwszym prezydentem był tam niejaki George Washington – generał, wódz naczelny w walce o niepodległość, że kilkadziesiąt lat później np. inny generał W. Harrison w roku 1841 został również prezydentem. Inna sprawa, że przez swoją głupotę stylizowania się na młodzieniaszka mimo już podeszłego wieku zbyt lekko odziany podczas zaprzysiężenia zaziębił się , rozchorował na całego ( żółtaczka, sepsa)i ostatecznie jego prezydentura trwała zaledwie 31 dni i zakończyła się śmiercią. Należy też wspomnieć, że po wojnie secesyjnej dowódca zwycięskiej Północy generał Ulisses Grant sprawował najwyższy urząd w latach 1869 – 1877), a po II wojnie światowej dla przykładu sławny „pięciogwiazdkowiec” Dwight Eisehower był prezydentem z ramienia Republikanów w latach 1953 – 61). w latach bardziej nam współczesnych funkcję sekretarza stanu sprawował Gen . Powell, a chociażby gen. Clark , były szef NATO kandydował na fotel prezydenta jako Demokrata.
Wszyscy oni zyskawszy sławę w służbie pełnili wysokie funkcje w kraju, a przypominam, że są to tylko niektóre, co znaczniejsze przykłady z historii USA. Czy pełnili te funkcje właściwie, a to temat na inną rozmowę. Lecz niewątpliwie obecność generalicji z życiu politycznym Stanów Zjednoczonych jest olbrzymia i nikogo nie dziwi, tak jak nie dziwiła nikogo w II Rzeczpospolitej.
Oczywiście teraz jesteśmy w innej sytuacji, bowiem musimy pamiętać, że duża część z oficerów LWP składała przysięgę o takiej treści:
„Ja, obywatel Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, stając w szeregach Wojska Polskiego, przysięgam Narodowi Polskiemu być uczciwym, zdyscyplinowanym, mężnym i czujnym żołnierzem, wykonywać dokładnie rozkazy przełożonych i przepisy regulaminów, dochować ściśle tajemnicy wojskowej i państwowej, nie splamić nigdy honoru i godności żołnierza polskiego. Przysięgam służyć ze wszystkich sił Ojczyźnie, bronić niezłomnie praw ludu pracującego, zawarowanych w Konstytucji, stać nieugięcie na straży władzy ludowej, dochować wierności Rządowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Przysięgam strzec niezłomnie wolności, niepodległości i granic Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przed zakusami imperializmu, stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami i w razie potrzeby nie szczędząc krwi ani życia mężnie walczyć w obronie Ojczyzny, o świętą sprawę niepodległości, wolności i szczęścia ludu.” Źródło
Część z nich, usilnie dochowuje jej wierności po dziś dzień. Ale przecież Ś. P. gen. Błasik nie był , a gen. Polko, czy być może gen. Skrzypczak nie są akurat zbytnio wierni dawnym przysięgom składanym w LWP? Może jeszcze kilku by się takich znalazło, ale trzeba byłoby zaryzykować.
Po co to wszystko piszę?
Ponieważ jeśli to co się o NE mówi dziś jest prawdą, to znaczy, że znów jesteśmy rozgrywani przez nie tych generałów co trzeba. A może bez „wojskówki” projekt w miarę sprawiedliwej Polski i takiej Polski, która spokojnie może nosić głowę do góry nie ma szans powodzenia, tylko tym razem to nie oni nas, ale my powinniśmy wybrać ich?



Jednak dosc szybko wpadlem na informacje o mozliwosci nabycia (nie chodzi mi tu o cene gdyz byla symboliczna) akcji NE. Wzbudzilo to moja podejrzliwosc.
Gdy wpadlem na informacje dotyczace wojskowego lekarza Pana Obary opuszczajacego wojsko i emigrujacego - zapalila sie zarowka, taka zwyczajna, nie dosc energooszczedna.
Emigrujacego w latach wrytych w pamiec glownie jako obraz sasiadki "posiadajacej" meza na zachodzie, zapraszajacej mnie i mojego brata po to tylko by pokazac nam, znajacym zbyt dobrze jak na swoj wiek smak biedy chlopcom, kolekcje resorakow Matchboxa w pudelku przeznaczonych dla jej prawie doroslych synow. Oraz ze smaku banana jedzonego po raz pierwszy w zyciu w wieku 7 lat.
Zarowka zapalila sie i juz nie chciala zgasnac.
Szansy na NE nie wykorzystalem. Do tej pory wole jablka ;).
Pozdrawiam!