Justyna Kowalczyk wbiegając na szczyt Alpe Cermis z przewagą 28,2 sek. nad Marit Bjoergen nie tylko zdobyła najbardziej upragnioną w tym roku górę, ale przede wszystkim niczym „Kmicic w spódnicy” ( Kmicic - bo jednak musi odpokutować za całkowite sprzedanie się banksterskiej korporacji:) obroniła swą własną „sportową Częstochowę” – twierdzę, która dla jej największej norweskiej rywalki wciąż pozostaje tylko w sferze marzeń, mimo że ponoć w tej edycji była jej głównym celem.  


Ktoś złośliwy powiedziałby, że co to za pojedynek? Z jednej strony  kontuzjowana, a wręcz „kulawa” Kowalczyk, a z drugiej  „chorowita” astmatyczka Bjoergen, przyjmująca zwiększone dawki leku. Ale w tym starciu polsko – norweskim na trasach  morderczego maratonu TdS kibice mieli praktycznie wszystko, a emocje sięgały zenitu.
Całe szczęście dla Justyny tu Norwedzy nie mogli zastosować specjalnych mieszanek śniegowych dobrze „współpracujących” z ich smarowaniami – tak jak zrobili to w ubiegłym roku podczas rozgrywanych u nich MŚ. Tu górą była ekipa Kowalczyk, jej serwismeni, którzy dokonywali cudów, umożliwiając naszej królowej nart osiąganie niewiarygodnych wyników w poszczególnych startach w pojedynku bezpośrednim z całym narciarskim żeńskim peletonem, ze szczególnym uwzględnieniem Bjoergen.


Portale pełne są już komentarzy zachwytu. Nakręcana od dawna atmosfera rywalizacji między norweską maszyną biegową ( a chodzi mi tu o cały system norweskich biegów i wszystkie ich zawodniczki), a dziewczyną z państwa, w którym  zdarzają się mistrzostwa krajowe na których frekwencja na starcie wcale daleko na korzyść nie odbiega od obsady mistrzostw krajowych w biegach narciarskich np. w takiej Albanii, czy... a co tam :) - Kenii – tylko zwiększa zainteresowanie mediów i sponsorów, choć nie jest tylko jakimś wydumanym marketingowym pomysłem, ale rzeczywistością. Astma, sterydy, specjalne mieszanki śniegowe, miliony wydane na przygotowania, szkolenia PR i wojny psychologiczne – wszystko by pokonać „dziewuchę z jakiejś wiochy w polskich górach” – to wszystko na ścianie prawdy pękło i rozpadło się w drobne pył w konfrontacji z pracowitością, talentem, siłą ducha, charakteru i osobowością Panny Justyny. Czasem nawet myślę sobie, że to taki znak od Boga, choć może Jego Imienia nie ma co wzywać na daremno. To taki prztyczek dla pychy co poniektórych. Może?


Każdy z dziewięciu startów naszej Mistrzyni był perfekcyjny i genialny. Nawet te 3 km klasykiem przegrane z Norweżką.
Norwedzy mają dziś powody do smutku. Z kretesem przegrał również ich faworyt wśród mężczyzn. Ale światowa sytuacja męskich biegów jest i tak lepsza niż kobiecych. Wśród pań tylko Norweżki i Kowalczyk prezentują poziom niebotyczny, zaś od pozostałych dziel ich przepaść. Wyniki tegorocznego Touru  zdają się tylko ten fakt potwierdzać.  Trzecia Norweżka na mecie, urocza Johaug mimo że ostatni morderczy etap  ( nie licząc wcześniejszych bonifikat czasowych) pobiegła najszybciej ( około 50 sek lepiej niż Kowalczyk) – to jednak w ostatecznym rozrachunku straciła do Polki prawie 4 minuty, zaś czwarta Finka  Lahteenmaki blisko siedem. Nie dziwi więc ,że FIS – śmieszna organizacja – wpuszcza kuchennymi drzwiami możliwość stosowania dopingu , czyli legalizuje Simbicort.  Nie jest to ruch korzystny dla Kowalczyk, ale raczej nakierowany na podniesienie poziomu wszystkich innych nacji biegowych, którzy w przeciwieństwie do Norwegów nie cieszyli się dotąd takimi przywilejami.


Czy w takim razie Justyna będzie zmuszona też sięgnąć po te „specyfiki”, by wyrównać szanse? Nie wiem. Ale tym bym sobie nie zaprzątał głowy. Dziś życzę tylko naszej Mistrzyni , dużo zdrowia , regeneracji i zdrowego kolana. PŚ to pikuś jeśli nie będzie z nim dobrze. Ważne, że twierdza obroniona!!! Że Monte Cassino biegów zdobyte!!!.


Nic tylko dziękować. Taka Postać w sporcie trafia się nam raz na 30 lat.